Ignacy Karpowicz - Cud

środa, 5 marca 2014

Mam mieszane uczucia, z jednej strony czytając Cud miałam wrażenie, że mam do czynienia z czymś dobrym, z drugiej zaś mnie wręcz odrzucało i przeskakiwałam po stronach nie mając na czym zawiesić oka. Nie wiem co napisać, nie wiem co myśleć, Cudzie - sio!

W powieści mamy do czynienia z Anną, młodą samotną lekarką; Alą, zdradzaną przez męża brzydulą; Mikołajem, potrąconym śmiertelnie przez Alę, ale nie do końca zmarłym; Arturem, wiecznie zakochanym w Annie; Marysią, byłą Mikołaja, zakochaną w Arturze... Hmm... Właściwie można powiedzieć, że mimo stopnia zaludnienia w Warszawie, każdy jest w jakiś sposób powiązany z każdym. Postaci nie było dużo, można było je lepiej opisać, mnie wydały się papierowe, płytkie, ciężkie do wyobrażenia. Nie sądzę jednak, by lepsza charakterystyka jednego czy drugiego bohatera coś by dało, może nawet byłoby przesadą? Na swój sposób wyobraziłam sobie postaci z Cudu, nadałam im "mój" wygląd, dzięki czemu były bardziej swojskie i lepiej czytało mi się książkę.
 
Akcja powieści zaczyna się "z grubej rury". Był ładny czerwcowy poranek, Mikołaj kupił gazetę, wyszedł ze sklepu i ruszył w stronę przystanku. Niestety po drodze został potrącony przez Alę. On zmarł, ona straciła przytomność. Jego ciało leżało na chodniku w worku, jej przewieziono do szpitala. To było ich pierwsze spotkanie, lecz nie ostatnie. Anna akurat była obok, gdy dwóch policjantów zastanawiało się co dalej zrobić z ciałem Mikołaja. Nowe przepisy trochę utrudniały dostarczenie zwłok do kostnicy więc Anna postanowiła pomóc. Zapakowała worek do swojego Passata i pojechała. Gdzieś po drodze obejrzała go sobie dokładnie, okradła i zakochała się. Ot, całkiem normalne. Przyznam się, że na początku myślałam, że "cudem" będzie zmartwychwstanie Mikołaja, w końcu to by miało jakiś sens skoro Anna się w nim zakochała. Nie takie jednak było zamierzenie autora...

W szpitalu okazało się, że jednak nie wszystko jest takie normalne, jak powinno być. Anna z każdą godziną coraz bardziej kochała trupa a sam trup nie do końca był tym, czym powinien. Niby zmarł, ale jego ciało chyba o tym nie wiedziało - nie stygło, raczej - spało, a może raczej trwało w jednym stanie bo mózg oczywiście nie dawał żadnych sygnałów. Trup był trupem, lecz nie do końca, wyjątkowo ładnie pachniał.

W dalszej części powieści poznajemy Artura, wiecznie kochającego Annę, jej kochanka z czasów studiów, którego przez kilka lat ignorowała i udawała, że nie widzi. Dopiero przy łóżku Mikołaja coś się między nimi zmieniło, zaczęli rozmawiać. Jedno zdanie przerodziło się w kolejne i w jakiś dziwny, poplątany sposób, Anna zaciągnęła Artura do łóżka w celu zajścia w ciążę... Ciąża być musiała bo w międzyczasie Anna nakłamała babce Mikołaja, że będzie miała z nim dziecko... Absurd popędzał absurd.

Ala obudziła się w szpitalu. Nie wiedziała dobrze, gdzie jest ani co się stało. Od lekarza usłyszała jedynie, że miała wypadek, ale tak nie do końca kogoś zabiła. Oczywiście się tym przejęła i w całym tym przejęciu zastanowiła się chwilę nad swoim życiem. Mąż jej nie kochał, permanentnie zdradzał bo "jego praca tego wymagała", nawet nie wiedział, że Ala miała wypadek i od kilku dni leży w szpitalu... To jednak dużo mówi o poziomie ich małżeństwa. Leżąc nieprzytomna miała kilka wizji, które później się sprawdziły, niektóre były całkiem zabawne...

W Fakcie ukazuje się artykuł o Mikołaju, jakoś tak Marysia sama go napisała bo została porzucona, bo dalej kochała, bo mogła... I tak się ciągnie cała historia. Koniec końców Marysia doszła do wniosków, że już nie kocha Mikołaja, zasadniczo nie kocha żadnego mężczyzny bo jest lesbijką. Świat zwariował, cud się zdarzył, Mikołaj został nowym świętym a Anna jakimś cudem od miesiąca była już w ciąży...

Trochę to poplątane...
 
Czytając Cud miałam wrażenie, że to powieść o smutnych ludziach. Jedni na coś czekają, inni tkwią w życiu bez konkretnego celu, jeszcze inni tęsknią za tym co stracili. Bohaterowie książki tkwią w marazmie i dopiero śmierć/wypadek Mikołaja mobilizuje ich do działania. Każda z postaci budziła we mnie współczucie, Anna żyła swoją pracą, nie miała własnego zdania, nawet mieszkania nie mogła umeblować po swojemu bo matka miała decydujący głos. Marysia przeżywała rozstanie z Mikołajem, nie potrafiła się z tego otrząsnąć choć od zerwania minęło kilka tygodni. Ala tkwiła w małżeństwie, które nie dawało jej ani radości, ani bezpieczeństwa, nic... Artur od lat był sam, oglądał się za Anną i nie potrafił zrobić kroku naprzód. Każdą z tych postaci miałam ochotę potrząsnąć i krzyknąć "zrób coś wreszcie!", nie mogłabym tak patrzeć, jak dzień po dniu, życie ucieka mi między palcami. Mikołaj był cudem, może medycznym, może mającym bardziej podłoże religijne, może innym, ale był cudem i to takim, który budzi ludzi z "życiowej" śpiączki. Nie jednemu z nas przydałby się taki trup, niekoniecznie w szafie, może przecież siedzieć po sąsiedzku na przystanku.

Może tak bardzo nie odrzucałoby mnie od tworu Karpowicza, gdyby nie pseudobiblijne wstawki ojca Mikołaja. Uczciwie przyznaję, że próbowałam do czytać, ale po kilku stronach spasowałam i przelatywałam wzrokiem szukając co lepsze/wartościowsze/coś mówiące fragmenty. Rozumiem zabawy stylem, rozumiem, że coś to miało znaczyć, jednak mnie osobiście to zwyczajnie męczyło. Nie mam nic przeciwko "współczesnej" prozie dopóki nie jest ona zbyt współczesna. Ojciec Mikołaja był zwykłym pijaczyną pretendującym do miana Boga. Na początku, gdy jeszcze mnie nie irytowała jego narracja, nawet mnie to śmieszyło. Szczególnie opisy dorastania Mikołaja były zabawne, strach się było bać małego urwisa z wrednym jamnikiem.
 
Nie czytałam poprzedniej powieści Karpowicza, podobno Ości są dużo lepsze od Cudu, ale ja już się o tym raczej nie przekonam. To zwyczajnie nie moja bajka. Czy polecam? Jeżeli ktoś lubi absurd połączony z bełkotem - tak, w przeciwnym wypadku trzeba nauczyć się czytać wybiórczo i szukać co lepszych fragmentów.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Motyw zdrady w literaturze"
Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Historia z trupem"

2 komentarze:

Słono mi-Kaśka pisze...

Oj to nie dla mnie, męczą mnie takie książki ;).

Scoto pisze...

Mnie się przypomniało przy tym Ferdydurke, jakoś miałam podobne odczucia. :P

Prześlij komentarz